Nie bardzo dziś kontaktuję.
Było dobrze. Było źle. Było dobrze. Jest... źle? Znowu gdzieś odpływam, nawet nie umiem zaangażować się w pisanie z ludźmi. Na chwilę zapomniałam dzięki tej czynności, ale... Wróciło. Zawsze sobie wraca to uczucie nieproszone. Albo nieczucie... Obojętność.
"Nie ma mnie. Znikam".
Rano zjadłam za dużo. Na szczęście tym razem powstrzymałam się od zwrócenia. Nie umiałam. Chciałam za godzinę, ale powiedziałam sobie "nie, stop!". Już lepiej nie jeść nic przez całą resztę dnia. Walczę, by nie obżerać się dalej. No bo, ej... Jak zepsułaś rano, to teraz to już sobie możesz...
Ale nie ma co się oszukiwać, że to tylko dzisiaj, że od jutra, że od jutra znowu będzie OK. Jak poddam się temu w tej chwili, to i poddam się później - znowu wpadnę w "ciąg". Nie umiem jeść normalnie, odpuszczać sobie nieodciągnięcia - tak, aby nie zwiastowały one Wielkiej Uczty. Wkurza mnie jak mama sobie je na szybko, chodzi na grille i beztrosko tak pogryza. A może jej najzwyczajniej zazdroszczę? A może gardzę tym?
U mnie jest:
Śniadanie - woda z cytryną, olej lniany, kasza / owsianka (ale ta to już zakwaszać może...) z owocami, ew. pół kostki czekolady
Obiad - ziemniaki gotowane na parze + trochę ryby / trochę mięsa / fasolka
Kolacja - trochę kaszy jaglanej z przyprawami korzennymi / warzywa (zupa, bo w sałatki bawić mi się nie chce)
A jak chleb? To już grzech. To już źle. Nie mówiąc już o białym.
Takie ilości może byłyby i w porządku. W końcu w chinach jedzą mało, a ludzie zdrowi. Wszystko, wszystko byłoby świetnie w takim razie (z jedzeniem), gdyby nie to, co dzieje się w moich myślach.
Chciałabym też umieć gotować nie wpadając w manię pichcenia. No bo przecież trzeba wpaść w jakiś wir... Głuszyć, zagłuszać, uciszać. Trzeba coś robić, choć przyjemności z tego brak. Mówiłam, że lubię? Raczej nie lubię. Spędzałam w kuchni całe dnie, aby COŚ robić. A potem źle się czułam. I nie miał kto tego jeść. No. Chyba, że to ciasta, czy coś. No to sobie jadłam. Najlepiej wszystko na raz. Znowu wychodzi na to, że nie mogę mieć w domu pożywienia grzesznego.
Ale nie ma co się oszukiwać, że to tylko dzisiaj, że od jutra, że od jutra znowu będzie OK. Jak poddam się temu w tej chwili, to i poddam się później - znowu wpadnę w "ciąg". Nie umiem jeść normalnie, odpuszczać sobie nieodciągnięcia - tak, aby nie zwiastowały one Wielkiej Uczty. Wkurza mnie jak mama sobie je na szybko, chodzi na grille i beztrosko tak pogryza. A może jej najzwyczajniej zazdroszczę? A może gardzę tym?
U mnie jest:
Śniadanie - woda z cytryną, olej lniany, kasza / owsianka (ale ta to już zakwaszać może...) z owocami, ew. pół kostki czekolady
Obiad - ziemniaki gotowane na parze + trochę ryby / trochę mięsa / fasolka
Kolacja - trochę kaszy jaglanej z przyprawami korzennymi / warzywa (zupa, bo w sałatki bawić mi się nie chce)
A jak chleb? To już grzech. To już źle. Nie mówiąc już o białym.
Takie ilości może byłyby i w porządku. W końcu w chinach jedzą mało, a ludzie zdrowi. Wszystko, wszystko byłoby świetnie w takim razie (z jedzeniem), gdyby nie to, co dzieje się w moich myślach.
Chciałabym też umieć gotować nie wpadając w manię pichcenia. No bo przecież trzeba wpaść w jakiś wir... Głuszyć, zagłuszać, uciszać. Trzeba coś robić, choć przyjemności z tego brak. Mówiłam, że lubię? Raczej nie lubię. Spędzałam w kuchni całe dnie, aby COŚ robić. A potem źle się czułam. I nie miał kto tego jeść. No. Chyba, że to ciasta, czy coś. No to sobie jadłam. Najlepiej wszystko na raz. Znowu wychodzi na to, że nie mogę mieć w domu pożywienia grzesznego.
Udaję znowu, że jestem. Zbiera mi się w głowie czegoś. Nie wiem czego. Coś nie tak, znowu szwank. Rzeczywistość się nie zmienia, a głowie wszystko się zmienia. Bez przyczyny albo przynajmniej bez uchwytnej przyczyny. Często oddech staje się nierzeczywisty, prawie się nim duszę. Nie umiem oddychać. Tego też się nie nauczyłam? Może to niepokój? Tylko o co...?
Chyba tylko przed ludźmi, na których mi nie zależy potrafię "być sobą". Z tym, że to "bycie sobą" jest dla nich na pewno męczące. Jak długo można wytrzymać z kimś, kto raz śmieje się z wszystkiego, a potem zupełnie odwrotnie? A może aż tak bardzo tego nie widać... Nie. Widać. Bo pytają.
Dziś ktoś odbiera to jako żarty? Możliwe. A w środku się duszę. Ale niech będzie, że ja się droczę...
Dziś ktoś odbiera to jako żarty? Możliwe. A w środku się duszę. Ale niech będzie, że ja się droczę...
Nie wiem.
Dziwnie jest. Świat staje się nijaki. Albo czarny?
A miałam nadzieję, że na minionych dniach się skończyło...
I że lepiej będzie.
Może kiedyś. Może kiedyś będę żywa, tak na dłużej, tak normalnie. Choć normalność mierzi i gryzie.
Słucham po raz setny i nadal mi się podoba.
"Może byś została u mnie na noc". Uśmiałam się. Przez chwilę było lepiej znowu.
Żeby mnie jeszcze rzeczywiście facet interesował...A miałam nadzieję, że na minionych dniach się skończyło...
I że lepiej będzie.
Może kiedyś. Może kiedyś będę żywa, tak na dłużej, tak normalnie. Choć normalność mierzi i gryzie.
Słucham po raz setny i nadal mi się podoba.
"Może byś została u mnie na noc". Uśmiałam się. Przez chwilę było lepiej znowu.
Chciałoby się poznać kogoś, na kim mogłoby mi faktycznie zależeć.
I nie spieprzyć sprawy.
I zobaczyć w tym człowieku człowieka.
Góra dół góra dół. Znów góra i latam jak głupia po pokoju.
A może wtedy, kiedy jest "źle", to znaczy, że jest normalnie? Nie wiem, ale nie cierpię czuć się nijak.
Dziewczyno, Ty się karmisz porcjami głodowymi, ej...
OdpowiedzUsuńTak, ja też nie umiem jeść.
I oddychać. Aż się zdziwiłam. Sądziłam, iż tylko ja nie potrafię.
I chodzić nie umiem...
Ta piosenka...
Dzięki!
Nie słyszałam od 100 lat...
"Może byś została u mnie na noc" - taak, śmieszy.
Podobnie, jak - "może wpadniesz?" rzucone w pijaną noc.
Wybucham śmiechem.
Zobaczysz.
Doczekamy, gdy "normalnie" nie będzie nudzić i drażnić, będzie w sam raz.
Zobaczysz...
Des
Tak liczyłam,to wychodzi 500-700 kcal. Faktycznie mało. Z tym, że przy moim wzroście (155 w kapeluszu - ha! i wzrostem, widać, jestem dzieckiem ;)) głodzić się nie głodzę. Nie. Co ja gadam. Czasem głodna jestem, ale udaję, że nie, piję dużo wody, by to zagłuszyć albo czekam aż przejdzie...
OdpowiedzUsuńAle to jest ponad moje siły i nie umiem inaczej. Musze przecież wpasować się w swój wymarzony wizerunek... Wiesz pewnie jak to jest (jak sama piszesz). Niestety.
Z chodzeniem też mam kłopot. Także i tu nie jesteś sama ;). Jak jestem w butach na obcasie to - o dziwo - lepiej mi to wychodzi. Ale bez - wydaje mi się, że chodzę jakoś kaczkowato i krzywo.
No co tam, że widzieliśmy się 3 razy. Chociaż - gdybym była zaintrygowana Nim, to może i bym poleciała... Jak nie bliskość prawdziwa, to fizyczna. Ale facet oczywiście mnie nie pociąga.
Doczekamy, doczekamy, dożyjemy :). Kiedyś na pewno.
A co do piosenki - nie ma za co ;).
Zakochałam się w tej piosence i narazie nie zapowiada się na koniec tej miłości.
Dziewczynka...
OdpowiedzUsuńSłabo z tym jedzeniem, widzę...
Dziewczynka!
Kuzynka jest dietetyczką, mówi 2500-3000 kcal śmiało, a Ty co tu wyrabiasz?!
Powoli, powoli, więcej trzeba, petite...!
Ja mam 172-3, na wadze już 52,8 (!!!!), za dużo, za dużo...
Wzrostem nie dzieciak, ale od środka - no proszę Cię, niedorozwój jakiś :)
Ja po prostu chcę mieć chude nogi. Twarzy nie powinnam, zbyt ostre, kanciaste rysy, nieładnie.
Na obcasach chadzam tylko po pijanemu :) - wówczas umiem, jak na wybiegu!
Chodzę niepewnie, choć stąpam mocno piętami jak esesman, przez co rozwalam wsje buty.
Tak, zaintrygowanie i pociąg to chyba jedyne konieczne warunki, zdaje się, racja.
Des
Cóż ty tak z tą dziewczynką? Ja dziewczynką? No co ty :D ...
OdpowiedzUsuńAle, niech będzie. ;)
Żebym tak chociaż tym wzrostem była bardziej dorosła.
O tak... Nogi. Brzuch jest ok, wszystko jakoś bym zdzierżyła, ale nogi muszą być chude. I do tego dążę. Jak głupia. Z twarzą mam odwrotnie - chciałabym, żeby mi wyszczuplała. Te gazety, wizaże i inne takie to jednak źle na człowieka działają (jakoś muszę się wytłumaczyć ;)).
A ja ciągnę jakoś buty za sobą. Nie wiem dlaczego, ale tak jakoś to jest. Szuram i szuram. W dodatku jedna stopa dziwnie do środka idzie. Nie widać tego tak, ale całkiem płaskie buty mi się ścierają.
Żeby z tym zaintrygowaniem i pociągiem było to jeszcze takie proste. ;) Jakimś cudem szybko odpycham tych, którzy to mnie intrygują. A ci, którzy nie - lecą jak głupi. Wiem jak postępować, aby tak się działo, ale zapominam o tym najwidoczniej wtedy, kiedy ja bym tym bardziej chciała z tego skorzystać.
"Dziewczynka", bo uwielbiam tak siebie nazywać.
OdpowiedzUsuńTo pieszczotliwe, ale nie przesłodzone; urocze. Mawiam "dziewczynko", lub "bura suko", jak wolisz ;)
Tak, też zawijam nogami do środka.
Muszę kontrolować, coby nie potykać się o własne stopy...
To normalka jest, zawsze Ci, których chcemy daleko, natomiast oszołomy lgną jak pszczoły do kwiatów. Zawsze nie ci, co powinni...
Des
Znowu się uśmiałam :D. Wolę pierwszą wersję (tak internetowo, gdzie inni widzą - tej drugiej wersji nie wypada. sama rozumiesz ;) ).
OdpowiedzUsuńSiebie też tak nazywam - pisząc w pamiętniku czasem, czy coś. Oczywiście.
Świat jest na opak. Może to i dobrze?
Śmiej się, śmiej się, to dobrze, że się śmiejesz :)
OdpowiedzUsuńPamiętam, jak napisałam maila do dobrej, bardzo dobrej koleżanki zatytułowanego "Bura suko!". Dostałam odpowiedź. Pomyliłam adres.
Dobrze, dobrze, że na opak.
Przynajmniej my jesteśmy norrrrmalne :)
Dziewczynko.
Des
Bardzo normalne. Aż za bardzo przecież ;).
OdpowiedzUsuńO kurczę. Ktoś musiał mieć niezłą minę czytając to.