Nie lubię, gdy znajomi mi współczują i wiedzą za dużo. Pokazując im swoją słabość (a po kilku kieliszkach wódki te słowa przychodzą same. słowa, które nigdy paść nie powinny. fakty, które miałam zachować dla siebie) czuję się słaba podwójnie. Wolę, aby widzieli mnie jako osobę silną i pozytywnie nastawioną, wesołą, uśmiechniętą. A jakże... Lepiej jest mieć motywację - choćby do grania. Czasem i udaje się wbić w atmosferę, którą sobie stworzę. A pobłażając sobie w towarzystwie, nie stroniąc od okazywania smutku, jest gorzej.
Kontrola, spinamy tyłek i jedziemy. Maskujemy. Siadamy za. Za sobą. Czuję się mniej pogubiona, kiedy ustalam sobie jakiś tor (czy jakoś podobnie). Kiedy jestem do tego zmuszona towarzystwem. Nowe osoby są jak najbardziej ok. To znaczy... Płci męskiej. Koniecznie. Muszę błyszczeć.
Pod warunkiem (nawiązując do zdań wcześniejszych), że...
Nie czuję się odepchnięta, na boku. Za to jestem ważna, góruję. Kiedy jestem panią sytuacji, to naprawdę motywację mam wielką, nie poddaję się, latam (to, czy jestem TAM i W TEJ chwili to inna sprawa - czy duszą, czy tylko ciałem). Oczywiście i to nie za długo. Zmęczyłoby?
Łatwiej o to wśród osób młodszych albo w towarzystwie męskim (choć i tu zależy jakim - najlepiej takim, które nie zna mnie zbyt dobrze, nie jest mi też komfortowo wśród rówieśników z klasy). Muszę być sama jako dziewczyna, muszę być sama jako osoba w moim wieku. Nie może być inaczej. No bo... No bo zaczynam zlewać się z tłem, jestem nijaka, jakaś taka gorsza i bezradna? Przezroczysta? Zmydlona?
Wszyscy stoją na chodniku, a ja piętro niżej. Na ulicy.
To tak ogólnie. Musiałam gdzieś zapisać te zdania.
A dzisiaj moje samopoczucie jest całkiem ok.
Wczoraj upiekłam bułki, zrobiłam owocowego loda na dziś. To dużo. Powinnam być z siebie dumna. Może trochę jestem. Z tym, że wypiek nie wyszedł tak jak bym chciała. Jakaś taka skórka cienka = brak mu chrupkości. Niefajnie.
Ważne jest teraz dla mnie, aby nie popaść tu znowu w obsesję pt. "zabijanie nudy ponad wszystko" = pieczenie i gotowanie non stop. Ostatnio kończyło się to frustracją, bo planowałam sto rzeczy na raz i bałam się, że nie zdążę. Chciałam wszystko teraz, już. A to się gryzie z rzeczywistością. Dziwne uczucie i trudne do opisania, ale niszczące. Na każdym kroku mnie to spotyka. Dlatego pasje są niebezpieczne. Nie warto... Zajmują jakoś mój umysł, ale to tak jak bym od czegoś uciekała. Ciągle od czegoś uciekam. Od siebie? Od życia? Możliwe. Jakiś czas jeszcze upłynie zanim przestanę to robić i odnajdę siebie. W całości i na dłużej, nie powodując tym kolejnego upadku po czasie jakimś. Po czasie krótkim.
Karzą mi budować dom nie mając podstaw. Jak mam więc go zbudować? Może mam zacząć od dachu?
Karzą mi budować dom nie mając podstaw. Jak mam więc go zbudować? Może mam zacząć od dachu?
Nie lubię tytułów.
I znowu nuda, bezsens. Muszę znaleźć sobie kolejny błahy, czy niebłahy cel. Tym celem było (jak się domyślam) napisanie tego postu. Napisałam. Przeszło. Już niedobrze. Poza tym... Znowu zostałam sama. Mogłam jechać. Ale, że do restauracji? Nie, nie. Dziękuję. Musze zjeść w domu, aby wyrzutów nie było. A raczej i tak bym się nudziła. Zawsze z nadzieją gdzieś jadę, a kiedy już dotrę do celu "wycieczki" - nic tylko wiać. Do domu. Kaprysy? Raczej nie. Jakaś dziecinna wiara w to, że magia zadziała i będę w miejscu X cudownie szczęśliwa.
I znowu nuda, bezsens. Muszę znaleźć sobie kolejny błahy, czy niebłahy cel. Tym celem było (jak się domyślam) napisanie tego postu. Napisałam. Przeszło. Już niedobrze. Poza tym... Znowu zostałam sama. Mogłam jechać. Ale, że do restauracji? Nie, nie. Dziękuję. Musze zjeść w domu, aby wyrzutów nie było. A raczej i tak bym się nudziła. Zawsze z nadzieją gdzieś jadę, a kiedy już dotrę do celu "wycieczki" - nic tylko wiać. Do domu. Kaprysy? Raczej nie. Jakaś dziecinna wiara w to, że magia zadziała i będę w miejscu X cudownie szczęśliwa.
Z tytułami zawsze mam problem.
OdpowiedzUsuńTaak, świadomość znajomych, iż nie jest się Nadczłowiekiem. Przykra. Oni to wiedzą, ale Ty łudzisz się, iż - nie.
Udajemy, udajemy, udajemy...
Dziś szminka ladaczniczo różowa, jutro purpurowa, pojutrze bordowa, byleby bardziej sztucznie i świecąco, co z tego, iż tak naprawdę chcesz tylko uciec i schować się?
Myślę, że pieczeniu/ gotowaniu można się oddać. To nic złego. Świetna pasja!!
Des
Świetna, świetna. Zgadzam się. Ale muszę się bardzo pilnować, aby zachować umiar. Tym bardziej, że zaburzenia odżywiania mi nie obce... ;). A że w skrajności popadam zawsze, no to...
OdpowiedzUsuńA w kwestii jedzenia tych skrajności było sporo.
Lubię czerwone szminki. Bordowe też. Ale jakoś nie pasują do mnie. Szkoda. Chociaż może i dla mnie by się znalazło. Coś. Narazie ukrywam się za swymi kręconymi (naturalnie? niee. francuzy) włosami, farbowanymi na rudo-czerwono, plus kilka warkoczyków. Czasem dodatkowo czapka, taka zwisająca z lekka. Do tego dość grube czarne rajstopy - czy na dworze 30 stopni (upałów nie cierpię, słońca w ogóle - kłania się następna obsesja, obsesja bladości), czy więcej to nieważne. Zdaje się, że tak mi jakoś lepiej. Idąc ulicą nie czuję się tak szara. Przynajmniej powierzchownie jestem bardziej pewna siebie. Częściej obiektem spojrzeń z pozytywnych powodów (o ile ten widok powierzchownego obrazu mnie może takowym powodem być). A że w środku robale? Co tam. To nieważne. Kryć, kryć się trzeba. Ponad wszystko.
Haha!!
OdpowiedzUsuńNo, mi z włosów schodzi chamska ombra. Włosy mam złote - naturalnie, ombre bezczelnie jasną miałam.
Ślicznie musisz wyglądać!!
Mnie słońce i ciepło przerażają, lecz opalona być lubię.
Słońce jest zbyt bezczelne, każe odsłaniać za dużo, zbyt jasne, zbyt oświeca, sprawia, iż robi mi się duszno, klaustrofobicznie i muszę wiać...
Ta... trzeba zwracać uwagę, oj, trzeba!!
trzeba, by patrzyli...
Wiesz, że istniejesz, bo widzą Cię...
Des
Złote? Też bym chciała!
OdpowiedzUsuńA natura dała mi ciemne. Gdyby były jasne - nawet z farbowaniem kłopotu by nie było. Jakby co. A tak to rozjaśniać trzeba. Szkoda.
Dzięki! :) W sumie też zadowolona jestem. Z włosów tak. No i ta kryjówka. One są dobrą kryjówką.
Jasność słońca przeraża mnie równie mocna jak fakt, że opala. Brr. Wolę mrok. noc. Tę tajemnicę, którą ze sobą niesie. A mówią, że słońce to życie.
Złote - latem.
OdpowiedzUsuńZimą rudo - zielono - bure (taak, właśnie tak!)
Noc - ale ta płytsza, raczej wieczór więc - tak.
Gdy ciemnawo, ale bez mroku :)
Des
Rude, rude. Rude włosy są piękne! Ale przyznam, że trudno mi sobie wyobrazić tak specyficzny kolor :).
UsuńMrok mi daje wolność. Jakoś bardziej czuję siebie. Jakkolwiek to brzmi ;). Sama tego nie rozumiem.
ja mam ten sam problem zakładam maskę choć tak bardzo jej nienawidzę...
OdpowiedzUsuńTeż tego nienawidzę. Gubię się w tych maskach. To działa, do pewnego momentu (?). Potem mam ochotę wiać. Ale czy jest inne wyjście? Tego świat wymaga - być Jakimś.
UsuńTrzeba by było nie gadać nic. A wtedy źle. Nawet w domu źle. Bo pretensje, że ja nie chcę słuchać, nic mnie nie interesuje...