środa, 22 sierpnia 2012

Xyz

Kurczę.
Mówię sobie "wszystko ok, nie przejmuj się". No to niby się nie przejmuję. Tylko to nieprzejmowanie się zabiera mi chyba całą siłę, bo w głowie rodzi się bliżej nieokreślone napięcie, gardło staje się ściśnięte, wydobycie głosu staje się wysiłkiem i, i... Może to dlatego po kilku "dobrych" (normalnych, zwyczajnych?) dniach zawsze nastaje jeszcze większy dół, bo tak naprawdę biję się z myślami i na siłę chcę utrzymać nad powierzchnią? Bądź na powierzchni. W środku czuję, że to nie moje, nienaturalne. Walczę. Staram się myśleć pozytywnie, ale wszystko na nic, bo czar nie trwa długo... Jakaś siła we mnie ściąga mnie w dół. 
Nie da się oszukać siebie.
Wszystko runie prędzej ,czy później. Za dwa dni, czy tydzień. Co za różnica... Ale, Boże, daj mi chociaż namiastkę życia. Prawdziwego, razem z tym w środku. Nie tylko tego na zewnątrz. I pozwól, choć raz, aby demony nie spowodowały upadku. To "jakieś" zło. Ta zła strona. "Jakaś".

Miałoby się ochotę to napięcie wykrzyczeć, 
przełożyć,
wyjąć,
przekształcić.
Wszystko denerwuje, świat jest zły. Jest przeciwko. 
W myślach "pluję ludziom w twarz". 
Ale nie, nie jestem tak podła. Przecież nie...
Idę z głową podniesioną, w okularach na pół głowy, pewnym krokiem. Udaję pewność. Ludzi łatwo jest oszukać. Myślcie sobie, że uważam się za godną życia, wysoką, wartościową. Myślcie sobie. Ale nie przerywajcie mi tego kroku słowem. Proszę. 
I nagle jest niedobrze, ledwo trzymam się na nogach, życie umyka... Płynie obok.
Od słodyczy, od loda włoskiego z polewą truskawkową w chrupiącym rożku, czy od myśli? 
Znowu się obżarłam i powtarzam sobie "to koniec, od jutra będzie lepiej. lody, pizza, chipsy - to było mi potrzebne niczym narkotyk. teraz koniec. dostałam niezbędną dawkę". 

Rodzicielka... matka rodzicielki... Cieszą się z nędznych zakupów. 
A ja wiszę między sobą i marne wydaje się życie, chwile te. Nie chcę tych czynności, męczą mnie.
Że powinnam docenić? Ale jak? 
Ludzie są naiwni. Teorie biorą za rzeczywistość.
"To czas to zmienić!" "Zajmij się czymś!" "Doceń to, co masz!"
Zdanie wyklepane kiedyś-tam jest oczywistą oczywistością. Nie liczy się to, co kryje się pod i nad.

Ona chce się wygłupiać. Do wygłupów "bije". Wiem, że do wygłupów.
Ale ja, ja... Nie śmieszy mnie to. Staję się sztywna, bronię się. "Nie dotykać!". W końcu wybucham płaczem. Nie wiem dlaczego. Przecież nie byłam bita... Nie pamiętam. Na pewno nie przez matkę. To wiem.
Nawet nie mogę tego wziąć za teatr. Tak dobra w te klocki nie jestem... 
Teatr nie wywołuje łez. ... a i tak trudno mi zaufać tej reakcji. No bo skąd to?
Nie mogę po dziecięcemu "pograć w łapki", bo budzi się coś, czego nie jestem w stanie ogarnąć...

3 komentarze:

  1. Skąd u Ciebie "nie dotykać!"?

    I, co oznacza ostatnie zdanie?

    Des

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wiem skąd. Właśnie nie wiem... Ale często w domu jestem wręcz uczulona na to. Jak by ten dotyk był zarazkiem. Może to chodzi o moją matkę, a nie sam fakt. Wśród przyjaciół np. nie mam takiego odczucia.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm...

    Ciekawe...

    Ja zawsze byłam wyczulona na dotyk, w zasadzie - wszystkich.
    Dopiero niedawno 'przypomniałam sobie', że byłam seksualnie nadużywana, ergo dotyk jest dla mnie najczystszym aktem agresji...

    Des

    OdpowiedzUsuń