wtorek, 22 stycznia 2013

Powrót.

Cóż. 
Wraz z powrotem nie mam się czym pochwalić. Siedzę w bagnie po uszy. Wczoraj powiedziałam sobie, że jak już tak się zdarzy, że będę sobie chciała zrobić krzywdę, to przynajmniej w taki sposób, aby nie było blizn. I obym się tego trzymała. Udało mi się nie wracać do cięcia się nożykiem. Wolę robić to paznokciami. Czy daje ulgę? Chyba niezbyt wielką... Nie wiem na jakiej zasadzie to działa. Nie chcę jednak blizn. Blizn takich, jakie zostały po okresie wakacyjnym. "Tak, tak. Obiecuj sobie coś, a możesz być pewna, że zrobisz inaczej." Co robić, kiedy emocje tak się rozpędzają, że nie ma szans, aby w tym momencie powiedzieć komuś, prosić o pomoc. A przecież ja prosić o pomoc nie mogę. To nie dla mnie. Nie będę obarczać nikogo, nie będę słaba. Inaczej... Nie pokażę się słaba. Nie w ten sposób! Kto z resztą zrozumie i ukoi właściwymi słowami? I czy da się? Jakimikolwiek...

Wszystko wraca. Nie rozumiem tego mechanizmu, ale wiem, że z pewnością mogę go nazwać błędnym kołem. To koło wciąż się zmniejsza i pozostawia mniej wolnej przestrzeni do oddychania. 
Jest źle. Przez trzy dni dawałam radę z jedzeniem. Wyrzutów sumienia - brak. A przynajmniej tak mi się wydawało... Tak mocno spychałam wciąż uczucia, emocje, że nie wiem które są prawdziwe, a które nie. 
Miały być trzy posiłki. Ok. Ale nie... Mało mi - owsianka, masło orzechowe, miód, pół bułki, jeszcze jedna bułka... I wiadomo jak się skończyło. Nie mogłam znieść myśli, że będą dręczyć mnie wyrzuty sumienia przez tydzień. To nałóg. Nałóg jedzenia. Ono od długiego czasu dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Do czasu, aż powiedziałam "STOP!" i zaczęłam się odchudzać. Chciałabym traktować jedzenie jak jedzenie. Być wdzięczna za to, że go mam. Za to, że mam się czym żywić. Nie widzieć w nim kochanka i wroga jednocześnie. Boję się utraty kontroli. Nie tylko w tej kwestii, ale nie będę odbiegać od tematu. Boję się już zjeść poza planem nawet kawałek mandarynki, czy kostkę czekolady. Kiedy mówię sobie, że "to nic", nieświadomie rodzi się pułapka, w którą wpadam. 
Dopóki emocje mną nie władają i jest w miarę normalnie, to i w kwestii żywienia nie jest najgorzej. Jakoś daję radę nie popadać w skrajności, ale... Raz emocje zaleją i nie widać końca. Nie pamiętam momentu, kiedy choć przez miesiąc nic wielkiego nie działo się, jeśli chodzi o jedzenie.

Dlaczego tak bardzo uciekam od życia? Boję się go... Boję się nawet względnie normalnego stanu psychicznego, bo prędzej, czy później okazuje się, że to tylko złudzenia, które prowadzą do następnego kryzysu. Jeden po drugim. Coraz częściej. Uciekam od świata jak tylko się da - jedzenie, obsesja na punkcie bladości, dziwne teorie na temat świata. A że ja nie umiem z dystansem do czegoś podejść... No cóż. Może daje mi to złudne poczucie bezpieczeństwa, bo to JA tutaj mogę mieć kontrolę nad wszystkim. Kontrolę nad wszystkim, byle nie nad swoimi emocjami? Może. Nie wiem.

Chciałabym w chwilach, kiedy jest źle po prostu zacisnąć pięści, zwinąć się na łóżku i czekać aż ten okropny stan minie. Ale nie da się. To zbyt silne, aby bezczynnie to przeboleć. Za późno zdaję sobie sprawę, że "coś jest nie tak"... 

1 komentarz:

  1. A ja po raz n-ty powtórzę: jestem. Nie musisz o nic prosić, bo wyczuwam Cię i potrafię być bez "proszę".

    Cieszę się, że ponownie wróciłaś tu :)

    Ani.

    OdpowiedzUsuń