poniedziałek, 30 lipca 2012

...

Spotkałam się z przyjaciółmi. Było dobrze, dawno nie czułam się w ich towarzystwie tak wspaniale i rzeczywiście jedną z nich. Rozmawiałam zaciekawiona tym paplaniem. Nie udawałam (?), naprawdę czułam się dobrze, nie czułam się wybrakowana, zakompleksiona, najgorsza. Kwestia lotu... Dlatego też do nich zadzwoniłam. Nie miałam jak spożytkować tej energii, a ja kocham to towarzystwo. Chyba jednak nie doceniam... Nie interesuję się co się dzieje, zapominam. Nie chodzę na spotkania, gdy jest źle. Umawiam się i odmawiam. Napawa mnie lękiem wyjście z nimi, kiedy nie jest dobrze. Albo może się nudzę? Nic nie da zastanawianie się, bo i tak nie znajdę prawidłowej odpowiedzi.

Zjechałam w dół. Znowu nie poznaję.
Z jedzeniem jest zbyt dobrze. Nie mam czym się przejmować. Nie mam teraz za co jawnie siebie nienawidzić. Nie mam powodu, aby szaleć z emocji. Jest nudno i zwyczajnie. Ciągnie do tego, aby zacząć jakieś przygodne życie i tyle. Ale do tego nie mogę się obżerać, muszę się sobie zewnętrznie podobać. Miałabym sobą za co gardzić? Może o to chodzi. Nie wiem już. Wiem, że to jest jakieś bagno. Nie mogę z niego wyjść na dłużej. Jest lepiej czasem, ale to pozory.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz