To był gwóźdź do trumny. Przerwałam terapię. Wyszłam, trzasnęłam drzwiami. Powiedziałam, że nie będę chodziła tam, jeśli moja matka będzie chodziła. Nadal nie wiem, czy to był pretekst, czy prawdziwy powód. Dowiedziałam się o tym od rodzicielki po drodze na sesję. Byłam wściekła nie mogąc sobie racjonalnie wytłumaczyć, że to bez sensu. Przecież to nic takiego...
Zauważyłam, że przed trzema ostatnimi spotkaniami nienawidziłam terapeutki i choćbym siebie oszukiwała, to nie umiem nad tym zapanować. Koniec kropka... To i tak wychodzi. Raz z tego powodu spanikowałam i po prostu uciekłam. Wizje tej sesji były tak okropne, że nie zdołałam tam pójść i zmierzyć się z "życiem". Siedząc dzisiaj przed gabinetem powtarzałam sobie w myślach "przestań, uspokój się!", "tylko znowu się nie wściekaj na terapeutkę". Próbowałam jeszcze sztucznie wybuchnąć śmiechem, jak by to mnie miało odczarować. Czary nie zadziałały.
Weszłam, niby uśmiechnięta. Jednak dławiło mnie od środka. Dławił mnie tamten jeden głupi fakt... Przeczytałam z kartki kilka objawów, które zauważyłam ostatnio. Ok. Nie zrobiłam zadania. Nie ma współpracy ze mną. Podobno to, że tam chodzę nie oznacza współpracy. Relacja... Nie umiem jej stworzyć, tak na dobrą sprawę. Widać wyszkolona jest, skoro tego nie rozumie. Podobno (takie wyciągnęła wnioski) chodzę tam po to, aby udowodnić, że jestem wyjątkowa i beznadziejnym przypadkiem. No to mówię, że raczej nie, bo moje poczucie wartości jest bardzo niskie. Podobno moim życiem rządzą emocje. Jeden cios, drugi, trzeci, czwarty... Same ciosy. Wciąż mi w głowie huczało "jesteś beznadziejna! jesteś beznadziejna!". Przecież sobie nie radzę, nie umiem siebie odczarować. To znaczy, że jestem do niczego i nie nadaję się do terapii. Słuchając wykładu na swój temat tylko słyszałam, że ja od razu muszę się poprawić, bo inaczej to nie ma po co... Wymagania, których nie jestem w stanie spełnić od pstryknięcia palcem. Zniszczę tym siebie. Zniszczę matkę. Podobno. Nie wytrzymałam tego napięcia, czy co to było. Wkurzyłam się i wyszłam ze zdaniem na do widzenia, o którym już wspominałam.
Jest super. Jestem wolna. Straciłam siebie. Straciłam cel. Straciłam klatkę.
Nie podoba mi się taka forma terapii. To zadanie to wymaganie nie na moje możliwości. Niech nikt nie wymaga gruszek na wierzbie. List do matki... To za dużo. Za dużo konfrontacji ze sobą. W dodatku nie umiem się ze sobą konfrontować, więc jak ja miałam to zrobić?!
Nie staram się, nie ma współpracy ze mną. Chcę udowadniać coś sobie i ludziom (... podobno).
Co to za terapeutka?!
Jaką ja jestem pacjentką?!
Kłócę się ze sobą kto tu jest bardziej beznadziejny...
W dodatku nikomu nie mogę się wygadać, bo to co się dzieje w mojej głowie... Psycholog nie rozumie. Nikt tego nie zrozumie. Spotkam się albo z wielkim zdziwieniem, z wyśmianiem, albo... Zostaję więc sama z moimi myślami.
Czy to "wszystko albo nic"? Czyli, że... Jeżeli nie spełniam oczekiwań terapeutki tak jak by chciała, to jestem nic nie warta? Nie warta terapii i jej czasu? Przecież tylko nudzę i ma mnie dość...
W dodatku nikomu nie mogę się wygadać, bo to co się dzieje w mojej głowie... Psycholog nie rozumie. Nikt tego nie zrozumie. Spotkam się albo z wielkim zdziwieniem, z wyśmianiem, albo... Zostaję więc sama z moimi myślami.
Czy to "wszystko albo nic"? Czyli, że... Jeżeli nie spełniam oczekiwań terapeutki tak jak by chciała, to jestem nic nie warta? Nie warta terapii i jej czasu? Przecież tylko nudzę i ma mnie dość...
Nie wytrzymuję ze sobą...
Gubię się w rzeczywistości. Nie wiem gdzie tkwi prawda. Nie umiem też sobie wybić z głowy myśli, że przeczytała moje posty na forum, przeczytała bloga. Zwariuję. Sama ze sobą.
Pomyślę o tym jak ochłonę. O ile będę umiała... Narazie nie chcę terapeutki więcej widzieć na oczy.
Chce mi się wykrzyczeć, że...
... przez nią się pocięłam,
... jest nieodpowiedzialna,
... nie powinna pracować w tym zawodzie.
Jestem w dupie.
Przecież to ja jestem nieodpowiedzialna.Chce mi się wykrzyczeć, że...
... przez nią się pocięłam,
... jest nieodpowiedzialna,
... nie powinna pracować w tym zawodzie.
Jestem w dupie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz