Wczoraj cały dzień czułam się jak bym przestała istnieć przez wczorajszą sytuację. Nie mogłam zasnąć, budziłam się, czułam się strasznie niebezpiecznie. Jak by bez siebie w sobie?
Dzisiaj było dobrze przez połowę dnia. Aż się zdziwiłam. Było po prostu normalnie. Myślałam, że "zapomniałam" już o tym, co wczoraj zaszło. Jak bardzo się myliłam... Nagle zaczęłam płakać, wyć... Plus napisałam sms-a terapeutce. Idzie teraz na urlop. Nie wiem jak to przeżyję. Chyba reaguję jak by to ona mnie opuściła, a nie odwrotnie...
Tak mi głupio za wczoraj. Zachowuję się coraz bardziej dziecinnie i coraz bardziej siebie nie rozumiem. Nie pomyślałabym, że relacja pacjent-terapeuta może być aż tak trudna. I to właściwie od samego początku. Boję się co będzie potem. Nie wiem jak bardzo nieobliczalna potrafię być. Ciągle tylko czuję zagrożenie - w przewracaniu oczami, w czymkolwiek. Wczoraj odczułam to wybitnie silnie...
Znowu jestem pogrążona... Jak w nie swojej bajce. Jak mnie to mogło spotkać? Dlaczego? Co będzie, jak pozbędę się lęku i wszystkich innych dolegliwości psychicznych? Jak wygląda świat "normalny"? Czy będę szczęśliwa żyjąc w nim? Nim...?
Czuję, że nie mam nikogo bliskiego tak naprawdę. Matka się stara, ale i tak jest daleko... Moje relacje z nią są chyba bardziej zależnością niż bliskością. Szkoda. Wszystko muszę albo tłumić w sobie, albo pisać na forach / na blogu. Cieszę się jednak, że przynajmniej tyle mogę i cieszę się, że Ci ludzie są, wspierają siebie nawzajem.
Czuję, że nie mam nikogo bliskiego tak naprawdę. Matka się stara, ale i tak jest daleko... Moje relacje z nią są chyba bardziej zależnością niż bliskością. Szkoda. Wszystko muszę albo tłumić w sobie, albo pisać na forach / na blogu. Cieszę się jednak, że przynajmniej tyle mogę i cieszę się, że Ci ludzie są, wspierają siebie nawzajem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz