piątek, 3 sierpnia 2012

W piwnicy

Wczoraj czułam się okropnie. Znowu dopadł mnie dół (w sumie złapał we wtorek i opuścił tylko na kilka godzin). Złapał na tyle, że nie pozwalał wyjść, a jedynie leżeć, pójść na komputer i coś zjeść. Dzisiaj też nie jest wiele lepiej. Wciąż czuję tę dziwność mówiącą "mnie tu nie ma". Serce zbyt silnie daje znać, że bije. Szarpie nim delikatnie.
W euforii mnie nie ma, w dole mnie nie ma. Sporadycznie przychodzę. Wtedy, kiedy jest normalnie, nie jestem tykającą bombą, nie skopuję siebie do piwnicy. Kiedy jest jakoś tak spokojnie i umiem z zaangażowaniem robić ludzkie rzeczy. Nie dlatego "bo mnie nosi", nie dlatego "bo trzeba COŚ robić", a dlatego, bo mam ochotę. Takich chwil jest bardzo mało.

Czy to chodzi o to, że należy się zająć, aby zapomnieć? Chyba nie do końca. O czym miałabym zapomnieć? Nawet nie wiem jak miałabym na mój stan wpłynąć. Czasem po prostu ten ból jest gdzieś daleko, ale zwykle jest choćbym nie wiem gdzie poszła. Nie mogę wtedy być radosna i koniec. Idę, szukam i nic.

Terapeutka wczoraj posłała mi prezentacje i coś tam jeszcze. Raczej zdemotywowało niż zmotywowało. Pokazało jak wielkie mam braki. W dodatku poczułam się osaczona i znowu włączyła mi się chęć ucieczki i najchętniej bym nie znała. Znowu niechęć. No bo jak ktoś, kto się o mnie choć trochę troszczy może być coś warty? No jak?!

Podobno ostatnio nic mnie nie interesuje, tylko ja. To fakt. Po części. Jestem zaabsorbowana swoimi problemami. Chciałabym słuchać ludzi z zainteresowaniem, ale to wszystko mnie nudzi, jest mi obojętne. Choć przez internet chętnie ludzi słucham (a raczej czytam), chcę być przydatna, pomocna. Może chodzi więc też o lęk? Odpowiadam coś, ale tak naprawdę nie wiem co myślę. A jeśli nie muszę - nie udaję, że ta paplanina mnie kręci. Rzadko kiedy w rozmowie tak naprawdę "się pojawiam". Męczy mnie to... Męczy mnie to, że prawie wszystko już nudzi i wykonuję jakieś czynności tylko po to, aby nie leżeć i patrzeć w sufit. Tęsknię za euforią. Wtedy świat jest całkiem inny... Na pewno normalniejszy niż wtedy, kiedy podchodzę do rzeczy obojętnie albo, co najwyżej, mogę się wściekać. Fajnie jest gadać wiedząc co się chce powiedzieć. Fajnie jest nie mieć tej pustki w głowie i... w sercu. Już dawno temu zdałam sobie sprawę, że nie potrafię kochać - nie kocham matki, ojca, właściwie to nikogo. Tylko czasem przyjdzie taki przebłysk. Zdarza się, że mam złudzenie kochania, ale tak naprawdę to nie miłość. Nie wiem co to. No i przyjaciół chyba kocham, choć nie wiem co to znaczy. Nie wspominam już o mężczyznach - jak miałam nauczyć się kogoś kochać szczerą miłością, jeżeli takiego wzorca w domu brak? Panowała niestabilność, nieład w tej sferze...
Nikt nie wydawał mi się tym "odpowiednim" dla matki. A może ja po prostu czułam zagrożenie z ich strony? Przecież wtedy będę się musiała dzielić własnością. Tak. Poniekąd tak chyba mamę postrzegałam. Nadal postrzegam. To ja czułam władzę w ręku, czułam wyższość w domu. Za to poza domem zazwyczaj czułam się najgorsza przez ostatnie lata i najchętniej schowałabym się pod stół.

Tęsknię za jakimkolwiek hobby, choćby znowu miało stać się moją obsesją. Choćbym miała znowu oddać się temu bez reszty. Choćby pojawiło się znowu na chwilę, a potem zostało odrzucone w kąt... Jak zwykle. Nie ma już niczego, co wydawałoby się ciekawe i jednocześnie świeże, niesprawdzone.
Tęsknię za sobą. Tą, która jest pozostawiona gdzieś daleko w przeszłości i wydawała się być szczęśliwa, choć nie wiem, czy naprawdę była. Było tak do czasu, kiedy okazało się, że świat nie jest idealny, nie każdy mnie chce, nie zawsze jestem "oczkiem w głowie", nie zawsze mogę być numerem jeden. No to się zaczęło - nikt mnie nie chce, jestem gorsza...
A może robię wszystko, by tę prawdziwą część jeszcze dobić? Z lęku... Nie wiem. Tak naprawdę to mało wiem. Nie jestem pewna, czy choć jedno zdanie z tego posta jest prawdziwe, czy mi się po prostu wydaje znowu. Powinnam się zamknąć, nic o sobie nie mówić, aby czasem nie skłamać i nie poczuć, że nie byłam sobą.

Czuję się dzisiaj znienawidzona przez matkę. I przez siebie.
Nie nadaję się do życia. Mój termin przydatności minął. Jakoś szybko...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz