Pamiętam te chwile jak dziś.
To było jakieś trzy miesiące temu. Pisałam o moim życiu, słowa same płynęły, kartki się zapełniały z ogromną łatwością. Wracałam do przeszłości. Wracałam tak bardzo, całą sobą, że... Nagle stałam się tą małą dziewczynką, która cieszyła się życiem, była taaaka kreatywna. Jako dziecko ciągle brałam ze sobą jakieś rzeczy, aby się czymś zająć. Rozpoczęłam też "sieć" sklepików na ulicy u mojej babci. Taki pomysł - sprzedawać stare rzeczy i robótki ręczne. Zaliczały się do nich przede wszystkim bransoletki z koralików, naszyjniki. Więcej grzechów nie pamiętam.
No to się zaczęło. Siedzieliśmy sobie na krzesłach z tymi oto klejnotami i ludzie czasem kupowali, a my mieliśmy radochę. Tak sobie siedziałam z kuzynką i z jeszcze kilkoma osobami zapewne. Większość klientów to nie ludzie obcy byli, a rodzina i koleżanki oraz koledzy.
Miałam taką fajną skarbonkę, którą kupiłam na stoisku którymś. Była (a może jest?) jaskrawopomarańczowa w kształcie serca, z jakimś słodkim nadrukiem. O ile się nie mylę, to były to jakieś króliki. Wpadały sobie tam złotówki - jedna po drugiej. Z czasem nawet trochę się tego nazbierało. Nie żebym była bogata, ale satysfakcja była Wielka :).
No i trochę nie na temat teraz...
Tak sobie rozmyślam o moim dawnym życiu, obudziłam w sobie to dziecko. Z litością patrzyło na tą mnie, która teraz pisze. Na mnie teraźniejszą. Było jej mnie żal. Strasznie żal... No bo jak ja mogłam na to pozwolić? Wiedziała, że mam potencjał, mam zdolności, ale w ogóle ich nie wykorzystuję, bo straciłam swoją wolność. Spojrzała tak z dystansu. Nazwała mnie outsiderką swojej własnej osoby, wycofaną w kontakcie.
"Kurde. X, musisz to zmienić. Cholera. Jesteś taką fajną osobą, a Ona z ziemi zniknęła kilka lat temu i została jedynie gdzieś w środku Ciebie."
"Tam nikt jej nie zobaczy, rozumiesz?!" Tak zareagowałaby ta dawna X, gdyby mogła skomentować, co ja czynię ze sobą i to, że ją niszczę. A była, jest bardzo cenna. No, to chyba się wcieliłam w prawdziwe oblicze. Obym się uwolniła od tej ponurej nieudacznicy. Prawdziwa jestem dużo fajniejsza, wcześniej dużo bardziej lubiłam siebie i nie przyszłoby mi do głowy, że tak zdegraduję swoją osobowość."
Dziwne uczucie. Taka beztroska, wolność, wewnętrzna harmonia i spokój. Oderwanie od siebie?
Dziwne, że dopiero wtedy, kiedy dopuściłam tę małą dziewczynkę do głosu, to poczułam wolność. Na chwilę chociaż. Myślałam, że "teraz to już będzie lepiej", a ...
"Znowu nadchodzi lekki mrok... Robi mi się ciasno w psychice i znów zamykam coraz bardziej oczy, które przed chwilą musiałabym przetrzeć z zadumy nad otrzeźwieniem ich spojrzenia... Powieki ciążą. Znowu. Narazie trochę... Rozchwianie, rozkołatanie i ten ciemny odcień szarości z palety barw. A co, jak znowu trafię na czarny? Nie daję rady w zderzeniu z rzeczywistością. I całe światło znikło. Tak nagle. Ulotniło się. Nie zdążyłam się nacieszyć tym, co dobre. Nie potrafię tego opisać. Nie wiem co się ze mną dzieje, jak, po co... Jaki jest tego cel? Znów czuję się słaba, słabiuteńka, mała, malutka, nie ogarniająca tego, co mnie otacza. Czuję się nikim, niczym, zrównana z ziemią i przyciśnięta głazem. Chyba trochę mnie to przeraża - walka jednej siły z drugą... Jak to Możliwe - w 10 minut upaść znów na sam dół? W otchłań, która wydaje się nie mieć wyjścia?"
... a potem zaczęłam płakać, chyba histerycznie wręcz... Bałam się. To było strasznie. Nie umiem tego opisać. Coś nie tak, ale co? Czasem rzeczywiście się siebie boję. To wtedy, kiedy moja zła strona bierze górę, gardzi tym, co prowadzi do prawdziwego szczęścia i spełnienia. Uważa za żałość dobro. A ja nie umiem z tymi myślami wygrać w takich chwilach. Oddaję się im, jestem z nich dumna... A potem nie rozumiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz