Była impreza dziś w nocy, a raczej dyskoteka. Szkoda, że potrzebny jest alkohol, żeby poczuć się jedną z towarzystwa. Bez wszystko wydaje się być odległe i nie moje. Ogólnie było jednak bardzo fajnie, nie narzekam. Co prawda, to zrobiłam coś, czego mogłabym żałować, ale chyba poniekąd specjalnie robię w życiu chaos, bo inaczej się nie da... Znowu będę sobie wmawiała, że nic mnie to wszystko nie obchodzi, a i tak wyjdzie gdzieś bokiem.
Od rana do popołudnia miałam dzisiaj wysokie loty. Rzadko się zdarza, aby zamiast kaca pojawiła się euforia. A może to nie miało nic wspólnego ze sobą, a po prostu znowu TO przyszło? Miałam śmieszna sytuację, rodem z filmu akcji (albo wszystko nad interpretuję). Spóźniłam się na autobus, bo źle sprawdziłam godzinę odjazdu. Byłam kilka kroków od autobusu, a on bezczelnie sobie odjechał. Szukałam telefonu i nie mogłam znaleźć. Myślałam, że go zapomniałam, a przecież byłam umówiona... Na szczęście udało mi się go wygrzebać w torebce. Mama przyjechała z powrotem i zaczęłyśmy gonić autobus. Na dworcu w miejscowości sąsiedzniej znowu chciał mi facet odjechać, właściwie to już odjeżdżał, ale matka go zastawiła, a ja zdołałam wsiąść. No nie! W dodatku zapomniałam torebki. Matka jeszcze woła i leci z torebką, a kierowca znowu otwiera drzwi i woła mnie. Poczułam się nieco wariacko, ale akcja mi się bardzo spodobała. Trudno mi sobie wyobrazić wzrok ludzi, którzy tam siedzieli. Nudno nie było, wszystko działo się szybko. Porozmawiałam z mężczyzną obok. Byłam otwarta, co mnie zdziwiło. Byłam wcześniej tak pobudzona, że aż drżały mi ręce. Znowu czułam jak bym miała dostać ataku padaczki. Nie rozumiem tego. W takich momentach jestem bardzo pewna siebie, nawet za bardzo. Coś, co zazwyczaj wywołałoby uczucie porażki oraz chęć zniknięcia staje się powodem do dzikiej radości, przypływu adrenaliny. "Taki wstyd z autobusem, w dodatku byłam w centrum zainteresowania. Koniec świata!". Nie wiem wtedy czym jest nieśmiałość. Całkiem inna twarz. Przynajmniej ja to tak odbieram, tak czuję. Zasady moralne w mojej głowie zostają bardzo umniejszone, cały świat stoi przede mną otworem. Chodzę jak nakręcona zabawka. Kiedy wraca moja "dobra część", to przychodzą wyrzuty sumienia - nie wiem jak w ogóle mogłam myśleć w taki sposób, nie raz płaczę nad sobą.
Dzisiejszy dzień spędziłam po części w obecności nowego kumpla. Było miło, sympatycznie, ale... Mam nadzieję, że on nie oczekuje jednak niczego więcej. Zastanawiam się ostatnio sporo nad sobą i wniosek mam taki - nie potrafię tak naprawdę niczego do kogoś poczuć. Mogę latami do kogoś wzdychać, marzyć, a jeśli mam szansę od życia - chcę uciekać. Szukam nadczłowieka. Człowiek nie wystarcza. Jeśli ktoś okazuje się ludzki, to mówię sobie "nie, to nie to". Tylko... Czy nie zawsze tak będzie, że prędzej, czy później każdy facet okaże się być normalnym mężczyzną? Sama też nie jestem kimś "ponad". Nikt nie jestem Bogiem. Ja o tym wiem, ale ta wiedza nic mi nie daje. Doceniam tylko tych, którzy nie lubią mnie "za bardzo". W innym przypadku, hmm... Czuję zagrożenie? A może chodzi o to, że nie potrafię nawiązać więzi emocjonalnej? Co tak naprawdę oznacza więź emocjonalną? Tak bardzo tego potrzebuję, a moja głowa stawia mi pułapki, które nie sposób przekroczyć. Z kolei nie mając nikogo, na kim mi zależy umieram od środka. Szukam więc bezpiecznego schronienia w postaci kogoś z kim raczej nie będę. Kiedyś nie zdawałam sobie z tego sprawy. Pragnę wsłuchać się w muzykę i móc się w myślach przytulić do kogoś. A może to bardziej szukanie odpowiednika ojca niż prawdziwego partnera? ... Kogoś, kto pozwoliłby mi dorosnąć. Tak naprawdę chyba jestem wystraszonym życiem dzieckiem, choć mam ciało osiemnastolatki. Nie wiem już co mam o tym wszystkim sądzić. A może źle wszystko oceniam? Może tak naprawdę dzieje się tak, bo znajomość jest budowana na fałszu? Z tym, że jak mam komuś przekazać co mi w duszy gra, jeśli ja sama tego nie wiem, bo gra tak bardzo różnie? Wszystko mi się miesza. Wszystko się nasila z roku na rok, z miesiąca na miesiąc. Jestem zmęczona życiem, a powinnam tryskać energią i czerpać z niego całymi garściami. Tymczasem nie wiem jak to robić. Odpowiednio. Mnie tu nie ma. Fałsz nie istnieje. Fałsz zawsze pozostanie fałszem. Czuję jak bym wpadała prosto w otchłań. Czuję to śmietnisko w moim umyśle. Często wpadam w nie całą sobą i jest mi strasznie ciasno. Sama nie wiem co siedzi w mojej głowie. Męczy mnie to, ale i jest jak narkotyk. Co będzie, jeśli oddam ten chaos i ciemność, nastanie spokój i jasność? Co będzie, jeśli odzyskam duszę, którą ze mnie wyssano? Czy aby nie zniknę? Nie rozumiem siebie, świata. Niczego nie rozumiem.
Pięć minut temu było śmiesznie, a teraz znowu jestem na dole.
Ja umarłam mając lat 9, czy 10. Nie narodziłam się ponownie. Wciąż śpię, a wydarzenia z dziś wydają się być odległe o wiek cały. Po prostu nie należące do mojego życia.
Ja umarłam mając lat 9, czy 10. Nie narodziłam się ponownie. Wciąż śpię, a wydarzenia z dziś wydają się być odległe o wiek cały. Po prostu nie należące do mojego życia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz